Wpisz interesującą Cię frazę:
Szukaj



WYWIAD Z MARKIEM SZURAWSKIM

Rozmowa z Markiem Szurawskim. 11. X. 2006. Lublin. Marta Sienkiewicz

Marta Sienkiewicz: Kiedy i w jaki sposób zetknąłeś się po raz pierwszy z szantami?

Marek Szurawski: W dużej mierze są to sprawy związane z początkiem mojego żeglowania. W Polsce zazwyczaj tak to się zaczyna. Najpierw jest żeglowanie, pasja związana z żaglem, wiatrem i przygodą, mazurską, później morską i tak automatycznie jedno w drugie przechodzi. Mówi się, że żeglowanie w tej chwili nie istnieje bez jakiejś pieśni, bez muzyki. To najbardziej muzyczny żywioł. Może to również atawistyczne tęsknoty za dawną pieśnią morską. W każdym razie kiedy w latach siedemdziesiątych zacząłem intensywniej pływać, a było to już żeglarstwo morskie, obijały mi się o uszy informacje na temat wielkich żaglowców, XIX-wiecznych marynarzy, powieści Conrada i specyficznej muzyki dawnego pokładu. Wpadało mi w ręce to, co było dostępne na polskim rynku oraz wśród znajomych i przyjaciół, czyli mniej lub bardziej postrzępione śpiewniki żeglarskie. Taki pierwszy śpiewnik, który pokazał mi, raz, że bogactwo repertuarowe (to było chyba z kilkaset piosenek), a dwa, że w niektórych pobrzmiewały korzenie tej dawnej muzyki morza albo w tekście albo czasem w materiale dźwiękowym, akcenty szkockie czy celtyckie. To śpiewnik żeglarski Yacht Klubu Warszawskiego z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W moim przekonaniu była to biblia piosenki żeglarskiej dla polskich żeglarzy. Niewątpliwie zaważyło też to, że sam uprawiałem muzykę grając najpierw na pianinie, później doszła gitara i różnego rodzaju „przeszkadzajki”. Lubiłem muzykę i to się jedno z drugim bardzo mocno wiązało. Później nastąpił znaczący moment kiedy poznałem redaktora Jerzego Wadowskiego, ówczesnego sekretarza miesięcznika „Morze”, który pasjonował się tą sprawą. Napisał na ten temat pracę doktorską. Równolegle poznałem bardzo bliskich mi przyjaciół z zespołu Stare Dzwony. Okazało się, że wszyscy interesujemy się podobnymi rzeczami. Część z nas, myślę tutaj o Jurku Porębskim i Ryśku Muzaju, to byli ludzie, którzy już tworzyli i komponowali własne piosenki żeglarskie. Ale na hasło szanty i dawne tradycje morskie i żeglarskie wszyscy byli zaintrygowani. Do tego grona doszedł Mirek Peszkowski, dziś zawodowy marynarz i też wówczas śpiewający. Nikt nie pamięta z nas jak się zawiązał zespół, kto wymyślił nazwę. Natomiast faktem stało się to, że dzięki znajomości z Jurkiem Wadowskim, mieliśmy dostęp do jego fantastycznego zbioru, ciągle chyba najlepszego w Polsce, starych krążków winylowych z oryginalnymi nagraniami szant. Spędził on parę lat na Zachodzie, a wspominał także, że przez półtora roku pracował jako młody chłopak w sklepie muzycznym w Nowym Yorku czy Baltimore i zbierał tę muzykę. Po drugie tworzył już pierwsze polskie tłumaczenia oryginalnych szant. On nam te nagrania udostępniał, mieliśmy wzory, później także swoje teksty. Wcześniej w 1981 roku miał miejsce, jeszcze z Yogim Pawełczykiem, pierwszy koncert szantowy. Jurek pomógł trzem chłopakom pod komendą Pawełczyka opracować kilkanaście typowych szant z rozłożeniem na głosy z charakterystycznym brzmieniem i harmonią. Gdzieś w podziemiach, chyba domu PTTK-u, w Krakowie miał miejsce ten koncert, w małej, ale zatłoczonej sali. Myśmy padli na kolana. Tak nowe i niezwykłe było to pierwsze wykonanie szant w polskim tłumaczeniu. Od tego momentu sprawa wybuchła. Ewoluowała od piosenki żeglarskiej, która miała swoje korzenie jeszcze w przedwojniu. Niektóre z tych piosenek były słowiańską, mierną imitacją, nawet nie imitacją, ale naszą interpretacją tradycyjnej szanty, w której brzmiały nostalgia i słowiański sposób wykonania. Z powodu braku pierwowzoru, co było zupełnie oczywiste, nie miało to wiele wspólnego z szorstkością, charakterem rytmu pracy na dawnych żaglowcach.

M. S.: Czy można w związku z tym stwierdzić, że ci, którzy tworzyli piosenki w Dwudziestoleciu międzywojennym nie znali tradycyjnej szanty?

M. Sz.: Ja myślę, że musieli znać, gdyż tworzyli polskie słowa, tłumaczenia oryginału, więc musieli znać ten repertuar. Włodzimierz Głowacki musiał słyszeć oryginalną szantę Sacramento, ale stworzył z niej piosenkę, przełożył tekst i podstawił pod zwykłą prymkę. Pozostali wykonywali ją tak jak potrafili nie znając oryginału. Nie było tam też żadnych wskazówek co do harmonii i sposobu śpiewania. Była to zwykła piosenka. Wracając do pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, wówczas to nastąpił rozkwit zainteresowania tą muzyką, a to głównie dlatego, że powstał bardzo dynamicznie rozwijający się festiwal w Krakowie. Przełomem, zupełnym apogeum, po którym, co jest normalną koleją rzeczy, nastąpił spadek zainteresowania, co ma swoje osobne powody oczywiście, był rok 1986, kiedy pół roku wcześniej wyjechaliśmy do Liverpoolu. Zupełnie przez przypadek, teraz nie wiem jak to się stało, że zaproszenie mieliśmy w ręku. Tam nie bardzo wierzyli, że można w Polsce coś takiego tworzyć. Wtedy właśnie poznaliśmy legendę Stana Hugilla. W międzyczasie były też nagrania telewizyjne, powstał program Radomińskiego „Wiatr na wantach piosenkę gra”. Później Jurek Woźniak zrobił też program na Mazurach, nie pamiętam tytułu. My to wszystko mieliśmy, to funkcjonowało, tego się słuchało, wysyłało do Anglii. Sam występ na festiwalu liverpoolskim miał także znaczący akcent towarzyski. Anglicy zobaczyli, że u nas dzieje się coś ciekawego. Pół roku później, w lutym, nie dość, że przyjechało do Polski, około 20 wykonawców, z żonami, to jeszcze na własny koszt. Zarabialiśmy wówczas ok. 8 dolarów w miesiącu i nie byliśmy w stanie pokryć kosztów przelotu. Trzeba im było zagwarantować jedynie jedzenie i spanie. I to był, jak do tej pory wymieniamy okazjonalnie pocztówki, najwspanialszy wypad w ich życiu. Okazaliśmy się doskonałymi gospodarzami. Program turystyczny był tak przygotowany, że mógł przebić nawet najlepsze wycieczki organizowane przez profesjonalne biura podróży. Był to początek akcentu międzynarodowego na festiwalu. Potem posypało się dalej, ponieważ rozpoczęło się parcie z Zachodu. Szybko rozniosło się, że u nas bawią się, klaszczą, wyrażają uznanie, cieszą się setki ludzi, jeśli nie tysiące, do tego młodzi. Dla tego doświadczeni byli gotowi przyjechać za minimalną opłatą i to oni ukłuli termin funkcjonujący do dziś – „polski ruch szantowy”. Tak to trwało cztery, pięć lat. Mnożyły się zespoły, organizowano także Warsztaty Marynistyczne w Gdyni. To była kuźnia talentów. Większość renomowanych dziś zespołów stamtąd się wywodzi. Tam pokazywano podstawowe rzeczy, zachęcano, a dalej uczestnicy własnymi zdolnościami szli w swoją stronę. W tym wszystkim funkcjonował nurt z początku przytłumiony, który zaczął dochodzić coraz wyraźniej do głosu czyli polska piosenka żeglarska. Do tej pory były pewne kopie z konieczności, to nie była nasza muzyka. Powstawały tłumaczenia, mniej lub bardziej udane, najlepsze tworzył Janusz Sikorski, nieżyjący już, gdyż oddawał ducha tych pieśni. Później zaczęły pojawiać się oryginalne rzeczy jak polska piosenka autorska albo coś ala szanty. Ktoś wymyślał tekst, a znając nastrój oryginalnego szantowego zaśpiewu układał do tego melodię. To był czas kiedy każdy festiwal miał w swoim programie konkurs i zaczęto dzielić występy ze względu na kategorię – szanty, ballady. Były też specjalne rekomendacje z innych festiwali na przyjazd do Krakowa. Była to swego rodzaju selekcja i nawet sprawnie to działało. Tak było do końca lat 80-tych, początku 90-tych. Później nastąpiło zmęczenie materiału, znużenie. Ludzie przestali zwracać uwagę już tylko na samą szantową stronę, która mogła być nudna, jeśliby trwała w całości przez dwa dni. Zaczęły pojawiać się nowe konkurencje: piosenki szuwarowo-bagienne z Mirkiem Kowalem czy autorskie piosenki żeglarskie. Było to potrzebne patrząc od strony publiczności. Od strony ludzi muzykujących zmęczenie pojawiło się natomiast na polu własnych poszukiwań. Szli w różną stronę, grali szanty, ale z bębnami, dodawali więcej instrumentów i własne aranżacje, co Anglikom nie mieściło się w głowie i rwali włosy jak można taką rzecz zaśpiewać. Mieli do tego zupełnie inny stosunek. Szanty traktują bowiem jako muzyczny eksponat. Miałem okazję bywać na ich festiwalach szantowych w Anglii czy w Stanach. Wychodzą tam zespoły i śpiewają właściwie tak jak to było te 150 lat temu, mają stare nagrania i to funkcjonuje u nich jako dziedzictwo kulturowe, niczego nie zmieniają. Na koncerty przychodzą staruszkowie i kiwają głowami, a jak ktoś zmieni nutę to od razu podnoszą głowę, że coś nie tak. My szacunku do tej formy zupełnie nie mieliśmy i robiliśmy to po swojemu. Później akcenty zaczęły się przesuwać w stronę spotkań artystyczno-towarzyskich, bez konkursu, bez specjalnego zadęcia festiwalowego, po prostu ludzie przychodzili, żeby się trochę pobawić i pocieszyć. Zrobiła się warstwa „umpa-umpa” gdzie ludzie przychodzili, żeby sobie poskakać przy szybkich rytmach irlandzkich, szkockich, celtyckich. Mieli taki rodzaj swojego Jarocina. Część zespołów szła pod tę publikę. W związku z tym stworzyła się specyficzna forma tych spotkań, która uniemożliwiała spokojniejszy nastrój dla ballady, poezji itd. A przynajmniej ludzie tak myśleli, co było błędne, ponieważ jeśli jakiś zespół zagrał dobry kawałek poetyckiej piosenki, ludzie jednak milkli, chyba, że byli za bardzo pod wpływem alkoholu, bo i tak się zdarzało. Później pojawiały się sytuacje związane z prawem ekonomii, że te lepsze zespoły zaczęły zarabiać i przekwalifikowały się na zawodowe. Te, które jeszcze nie grały na takim poziomie, ale wiedziano, że są dobre, nie zapraszano na konkursy, bo wygrywały. Ale z drugiej strony nie zapraszano ich też na występy za pieniądze.

M.S.: A czy można utrzymać się z grania w zespole szantowym?

M. Sz.: Można, pod warunkiem, że jest to częste. Więc kto nie ma pracy zawodowej i nastawia się tylko na to, to pewnie tak. Materia jest na tyle drażliwa, że ja nigdy nie zadawałem takiego pytania komuś z bliskich „kumpli po szancie”. Ale wiem, że niektórzy nie pracują i tylko na tym się skupiają. To pytanie może nawet nie jest takie istotne, to jest czysta kalkulacja. Od strony budżetu, nawet tych bardziej rozbudowanych imprez szantowych, to jest tak, że organizatorom trudno jest wygospodarować na zespół więcej niż 3-4 tysiące złotych, a jeśli jest naprawdę dobry i renomowany to 4-5 tysięcy. W związku z tym trzymając się kwoty 3 tysięcy, jeśli masz 4-5 osób w zespole, to wychodzi po 500 złotych na osobę. Jeśli średnia zarobków wynosi 2 tysiące, to zespół musiałby mieć 5-6 koncertów w miesiącu. To jest dużo. Jest jednak parę osób, które się tym zajmują. Teraz może przeskoczę trochę chronologicznie, myślę o ostatnim okresie paru lat. Znowu tytułem, może nie znużenia, ale chęci wynajdywania czegoś nowego (to są bardzo pozytywne aspekty tej zabawy, która trwa już ponad 25 lat) jest to, że zrodziło się zainteresowanie polską, prawdziwą piosenką, może nie tyle morską, ile wodną, rzeczną, jeziorną. Odgrzebuje się folklor kaszubski i po drugie, co znakomicie wychodzi, odgrzebuje się polski folklor wiślany – pieśni flisackie. Zawsze z dużym zainteresowaniem śledziłem i teraz szczególnie śledzę losy zespołu Hambawenah. Oni są z Sandomierza i teraz, ostatnio, w lipcu, sierpniu na kolejnym festiwalu Szantomierz zrobili znowu fantastyczną rzecz. Nagrali i ładnie zaaranżowali w bardzo dobrym folku, takim nowoczesnym wydaniu, kolejne nowe piosenki i pieśni flisackie. Zrodził się też z pewnej potrzeby czy tęsknoty za spokojniejszym nastrojem, za formą zadumy przy muzyce morza wątek poetycki. W Kędzierzynie-Koźlu od wielu, wielu lat jest organizowane spotkanie z poezją morska, żeglarską, w akompaniamencie czy w towarzystwie ballad, spokojnych pieśni współczesnych czy pieśni kubryku. Są to ciepłe, spokojne i niekiedy bardzo wzruszające rzeczy. Zrodziły się, w nadchodzącym roku będą już po raz trzeci, szanty na Jasnej Górze, nazwane może zbyt szumnie, bo to raczej jest sprawa właśnie takiej spokojnej ballady bez jakiegoś nadmiernego zadęcia filozoficzno-religijnego. Znalazło się miejsce, o dziwo, gdzie można posłuchać tego czego na innych festiwalach z powodów oczywistych się nie da. Jest bowiem inny nastrój, inna forma organizacyjna, brak czasu, brak być może też i możliwości.. Stworzyła się teraz taka sytuacja, że mamy w Polsce ok. 45 czy 46 imprez rocznie, typowo żeglarskich, szantowych. Zdecydowana większość latem, sezon wiosna do późnej jesieni. I jest to już za moment trzecie pokolenie słuchaczy. To jest pewne zadziwienie, zagadka. Ta sprawa zasługuje na kogoś raczej z wiedzą socjologiczną niż kulturoznawczą. Jak to się stało, że to tak wybuchło i właściwie trzyma się ciągle na wysokim poziomie. Istnieje około 10 tysięcy osób stale zainteresowanych. Tym bardziej, że jest to w jakimś sensie zabawa hermetyczna i nie-hermetyczna. Hermetyczna, ponieważ w Polsce praktycznie się o tym nie mówi, nie ma programów, żadna telewizja z mojego doświadczenia nie była w stanie pokazać tego nastroju, tego „czegoś”, co ciągle przyciąga ludzi do tej zabawy. Natomiast nie-hermetyczna, bo kto chce to przychodzi. Są niektóre miejsca, typu Wrocław, Giżycko, Świnoujście, Kraków, rzecz jasna, które są otwarte, rozreklamowane, że nie sposób na nie nie trafić. Poziom tego wszystkiego jest bardzo rozmaity. Nie ma tu jakiś wirtuozerskich popisów i zapędów, jak i też chyba do końca nie o to chodzi, żeby zagrać perfekcyjnie albo zaśpiewać jak Pavarotti. To nie są te potrzeby i realia. Jeżeli jest to poprawne, a ja często jako juror mówiłem, abyś tylko nie fałszował, to jak pokażesz trochę serca to będzie właśnie to, o co chodzi. Spełnia to pewne potrzeby publiczności, która wie, że może śpiewać, a nawet jest proszona o to. Jest to pozytywna wymiana wspólnych emocji. Myślę, że działa też taki snobizm, że „i my żeglarze mamy coś swojego”. To jest jednak kawał kultury, nie ma dwóch zdań. I zespoły, i teksty, i ta specyficzna, własna muzyka. Przy okazji śpiewa się o ich zainteresowaniach, a nawet życiowej pasji. Nie ma piosenki żeglarskiej, w której nie byłoby mowy o jakiejś sprawie na morzu, pod żaglami. Więc oni, tak patrząc od strony widza, śpiewają o wspólnych przeżyciach lub możliwych do przeżycia doświadczeniach. Jeśli chodzi o klasyczny wątek to myślę, że tam nie jest bez znaczenia to, że jest tam nadal egzotyka, dużo Irlandii, Szkocji, Bretonii, ale i Karaibów, Polinezji. Więc to przyciąga, ponieważ jest inne dla polskiego ucha. A może także zaważyło to, że nie ma kultury śpiewania polskiej piosenki ludowej. Nie ma tradycji spotkań, tak jak na przykład w pubach irlandzkich czy angielskich, gdzie się te rzeczy śpiewa. Tam mają nawet, powiedzmy raz w tygodniu, sprawdzałem tę strukturę przedziwną, spotkania muzyczne, na które przychodzi każdy, kto chce i każdy może zaśpiewać. Nic za to nie dostaje z wyjątkiem kufla piwa, natomiast jak ma głos i okazuje się, że ludzie chętnie go słuchają, to właściciel pubu mówi: przyjdź za 10 funtów na drugi tydzień, i w tym kontekście rośnij. Kto u nas coś takiego robi? Wielka szkoda. Nasuwa się pytanie dlaczego, tak się stało. Przywiązanie do tej pieśni polskiej przed wojną było chyba o wiele żywsze. Na pewno szkoda, że to ginie.

M. S.: Wracając do początków lat 80-tych, do Biesiad Żeglujących Bardów. Czy mógłbyś opowiedzieć jak one wyglądały?

M. Sz.: Tak. Nie pamiętam dokładnie jaki był początek, to było chyba jeszcze przed 1980 rokiem, przed stanem wojennym.

M. S.: Tak to było zaraz po drugim festiwalu w Górkach Zachodnich w 1978 roku.

M. Sz.: Był „Czarny Zbójca”, jak myśmy go nazywali, Staszek Skorupski, żeglarz, morski również, zwariowany facet zupełnie. Miał gitarę, pisał teksty i lubił śpiewać. Chyba on wymyślił te właśnie spotkania żeglujących bardów w Warszawie, to było na Starym Mieście. Ja tam przychodziłem parę razy, nastrój mi się podobał. Ludzie przychodzili, opowiadali sobie mniej lub bardziej śmieszne kawałki, ale było dużo śpiewania.

M. S.: Czy dużo ludzi przychodziło na te spotkania?

M. Sz.: Jakieś kilkadziesiąt osób zawsze. Po czym zaczął się 1981 rok i Staszek Skorupski powiedział, że on woli wyjechać teraz, żeby później nie wyjeżdżać na czołgu. Powiedział, że jedzie do Niemiec i spytał mnie, bo już wiedział, że się tym interesowałem, wyjaśniała się sprawa z chłopakami, graliśmy już w zespole – więc zaproponował mi czy nie poprowadziłbym tych spotkań, nie przejął pałeczki. Powiedziałem, czemu nie.

M. S.: A jak wyglądały te spotkania?

M. Sz.: Ludzie siedzieli, a Staszek wychodził na małe podwyższenie, brał gitarę, grał i opowiadał. On był liderem. Nie pamiętam czy wtedy już była taka formuła typu – pobawmy się w szybko zmieniające się tematy, historie, opowieści, a może jakaś zabawa, konkurs, pytanie, jakieś nagrody. Nie wiem. Musiałbym się dokopać, bo te stare notatki pewnie mam. Dość, że ta formuła bardzo szybko się przyjęła i wszyscy byli radzi. Ja nie mogąc wszystkiego robić sam, zresztą nie było takiej potrzeby, często prosiłem o pomoc, np. św. p. Witka Tomaszewskiego. Komisja Kultury PZŻ też się zainteresowała, zrobiła się z tego standardowa warszawska impreza Komisji Kultury. Mieliśmy podział, w zasadzie za każdym razem inny. Mówiłem: Witek, to może byś wziął temat „latarnie morskie”, przypomniał coś najważniejszego. On  to robił. Albo był Paweł Morzycki, jego ojciec, żyjący wtedy, był lekarzem na morzu. Poprosiłem go, żeby nam powiedział o medycynie na morzu, o chorobie morskiej itd. Stworzyła się fajna, tętniąca sprawa. Dwie godziny spotkania, jakaś opowieść, historia i jakaś muzyka, którą się przy okazji prezentowało. A to szanta taka, a to taka.

M. S.: Czy ludzie przychodzili też z instrumentami?

M. Sz.: Tak, przychodzili, grali. Trzeba było się przenieść na górę, bo to było już wtedy około stu osób.

M. S.: To był krąg żeglarzy?

M. Sz.: Tak, ale zawsze otwarty, kto chciał to przychodził. Później pamiętam był taki pomysł, przez rok– poznajemy literaturę morską. Nie wiedząc jeszcze, że będę trochę pisał na ten temat, i tak naprawdę zrodzi się z tego moja dziennikarsko-radiowa pasja życia, miałem w zwyczaju, przy czytaniu książek wynotowywać najciekawsze rzeczy, w związku z tym łatwo było mi później ułożyć pytania do jakiejś książki. Mówiłem, że spotykamy się za miesiąc, przygotujcie się, będą pytania i nagrody. Najprostsza i najbardziej prymitywna formuła, ale działała i ludzie w to wchodzili. Był też zawsze wątek towarzyski – wymiana wspomnień, doświadczeń, planów. Trwało to ładnych parę lat, nie pamiętam jak długo. Zginęło chyba śmiercią naturalną.

M. S.: Jaki repertuar tam wykonywano? Tradycyjne szanty po angielsku czy z tłumaczeniami?

M. Sz.: I tak i tak.

M. S.: A czy tworzono również własne kompozycje?

M. Sz.: Nie pamiętam, żeby coś się tam rodziło, natomiast zawsze istniała szansa, że ktoś zaśpiewa coś nowego. Zapraszaliśmy gości – pisarzy, marynistów, malarzy. Ściągało się Jurka Porębskiego, przychodził ze swoimi balladami, to były jego pierwsze koncerty. Nie żyjąca już Halinka Stefanowska…

M. S.: Ciekawe jest, że przy okazji tego rodzaju spotkań czy festiwali pojawiają się pieśni, ale przedstawia się też inne dziedziny związane z marynistyką. To jest bardzo edukacyjne i nie jest jednokierunkowe.

M. Sz.: Tak, to prawda. Robiło się z tego fajne bogactwo. Ale pamiętaj jeszcze jaki to był czas. Dla mnie to było oczywiste, traktowałem to jako odskocznię od ponurej rzeczywistości. Jak już był stan wojenny to nadal funkcjonował pewien mit jak się później okazało, przekonanie, że nic się nie da zmienić. Tutaj można było sobie chociaż pośpiewać. Trochę poudawać tę normalność.

M. S.: Zastanawiałam się nad związkiem rozwoju szant w Polsce i ówczesnego ustroju PRL.

M. Sz.: Myślę, że bliskie związki jednak są.

M. S.: W innych krajach również uprawia się żeglarstwo jak w Niemczech czy Finlandii, inne narody są bardziej rozśpiewane od Polaków jak Hiszpanie czy Włosi. Szanty mogą być wszędzie atrakcyjne ze względu na muzykę czy teksty, w związku z tym staram się znaleźć inny powód ich popularności w Polsce.

M. Sz.: Miałem kiedyś taką myśl, właściwie ją podzielam do dzisiaj, że może chodzi też o jakieś atawistyczne tęsknoty. Jako Polska nie mieliśmy nigdy narodowej przygody na morzu, która stała się udziałem i Francuzów i Amerykanów i Anglików. Polski nie było na mapie, a oni zdobywali nowe ziemie, owszem był to kolonializm w najczystszej postaci, tak naprawdę działania haniebne czy niegodne w wielu przypadkach. Ale była to jednocześnie narodowa przygoda, oni szli i budowali podstawy swojej dzisiejszej potęgi ekonomicznej, pomijając to, że było wiele szlachetnych i wzniosłych rzeczy, jak odkrycia, poszerzające horyzonty człowieka, odkrycia naukowe, itp. Nie ma czegoś takiego jak polska szanta, to pewnie wiesz, floty żaglowej polskiej nigdy nie było, były tylko jakieś okręty wojenne, Zygmunt III Waza, wcześniej Zygmunt Stary, Władysław IV, ale to się skończyło. Później, raptem te dwadzieścia lat międzywojnia i zachłyśnięcie się morzem, ale było to na takim bardzo podstawowym, żeby nie powiedzieć trywialnym poziomie. Mamy to morze, , jest niebieskie, żagle białe, dziewczyna czeka, fantastycznie! Marynarka Wojenna, „Morze, nasze morze”. I zanim zdążyło się to jakoś przebudować w inne pogłębione formy przeżycia kulturowego, to już była wojna i dalej zeszliśmy do punktu zero. Czyli, skoro nie braliśmy udziału w tych wyprawach, to sobie teraz o tym pośpiewajmy.

M. S.: Czy brałeś udział w pierwszych festiwalach szantowych w Górkach Zachodnich?

M. Sz.: Nie, właśnie to mnie ominęło, ja byłem tylko odbiorcą relacji innych. Tam właśnie śpiewał Yogi Pawełczyk, Jurek Rogacki – on będzie wiedział więcej o początkach jako założyciel zespołu Refpatent. Jak zawsze potrzebni są ludzie zainteresowani sprawą, jakieś formy organizacyjne i tzw. „timing” czyli właściwy czas i miejsce. Tu był ten zbieg okoliczności, że w Krakowie nagle powstała grupa ludzi, klub „Szkwał”, ok. kilkudziesięciu członków, kierował nimi niezmordowany, późniejszy znakomity organizator festiwali Jacek Reschke, a że byli mocni organizacyjnie, zorganizowali festiwal w Krakowie. Gdyby tamci w Górkach , choć nikt od nich tego nie wymuszał, poszli w skalę ogólnopolską, festiwal odbywałby się gdzieś w Trójmieście, a niekoniecznie w Krakowie.

M. S.: Czy mógłbyś mi powiedzieć coś więcej na temat Warsztatów Marynistycznych w Gdyni i Kołobrzegu?

M. Sz.: Tak, to był bardzo wspaniały kawałek życia, związany głównie z tym, że wszyscy, którzy tam byli, to co robili, robili z pasją. Czyli ci, którzy tam przyjeżdżali, żeby coś opowiedzieć, pokazać to robili to z entuzjazmem, a odbiorcy chłonęli to chyba z jeszcze większą pasją. Formuła była bardzo prosta. Wykorzystało się dobry kanał organizacyjny - ZHP-owskich drużyn wodnych. Idea była taka, że uczestnik miał przyjechać na Warsztaty w sumie 4 razy. Był to dwuletni cykl przygotowań. Przygotowań do tego, aby zostać harcerzem – marynistą. Cel dodatkowy był taki, że on zostanie tym harcerzem – marynistą i będzie promieniował wiedzą i morzem w swoim środowisku, wśród kumpli, w szkole przede wszystkim, w swojej drużynie, w innych drużynach. To błyskawicznie zyskało popularność, ponieważ zrodził się bardzo oryginalny program, który miał na celu przekazać podstawy i wszystko co najciekawsze i najlepsze z szeroko rozumianej marynistyki czyli kultury morskiej. Mówiło się o muzyce, szantach, sztuce makramy, plastyce morskiej, legendach, tradycjach, ceremoniach, zwyczajach, o literaturze, wierszach, była fotografia morska. To wszystko w programie od rana do wieczora. Ludzie wyjeżdżali po tych dwóch tygodniach tak naładowani, jednocześnie tak wypoczęci i co było bardzo miłe, nawet niekiedy piękne w obserwacji, rodziły się przyjaźnie trwające do dzisiaj, oni to bardzo mocno przeżywali. Imponujące było to, że wszyscy niesłychanie intensywnie pracowali, zajęcia goniły zajęcia, a nie było przypadków łamania regulaminu, ludzie przyjeżdżali zmotywowani, bili się o to, żeby się tam znaleźć.

M. S.: Skąd dowiadywali się o tych warsztatach?

M. Sz.: To była funkcja CWM-u czyli Centrum Wychowania Morskiego, które podpadało bezpośrednio pod ZHP, pod Warszawę. Czyli był program, termin i hasło wyjściowe, które szło do centrali i rozchodziło się po wszystkich drużynach wodnych w całej Polsce.

M. S.: Czyli uczestnikami byli tylko harcerze?

M. Sz.: Tylko harcerze, o to chodziło. Potem wracali i mieli wykazać się jakąś działalnością. Żeby się dostać na Warsztaty musieli napisać pracę, mam niektóre
z tych prac. Niektóre były, no przesadzę, że magisterskie, ale tak drobiazgowo opisywane, że serce rosło. Np. ktoś pisał o wietrze, odkopywał jakieś książki oceanograficzne, opisywał całą fizykę itd., albo o falach czy wielkich żaglowcach. Trzeba było naprawdę poszperać, pochodzić, poczytać, popracować, żeby to zrobić. I powtórnie przyjechać na Warsztaty.

M. S.: W jakiej Ty byłeś tam roli?


iM. Sz.: Jako jeden z wykładowców, przez moment nawet jako współorganizator, odpowiadałem chyba za program. Był to dla mnie czas szczególnie miły, gdyż równolegle powstawała i toczyła się, prawie przez 7 lat, audycja radiowa „Kliper siedmiu mórz” z Januszem Sikorskim. Przyjeżdżaliśmy razem z Januszem na Warsztaty i przez moment audycja z nimi współgrała, była też adresowana do uczestników. Okazuje się, że audycja wiele dobrego w tym względzie zrobiła, mam sygnały nawet do dzisiaj, starsi słuchacze przychodzą i mówią, że wychowali się na tej audycji. Był to też jedyny ślad w eterze, gdzie można było posłuchać oryginalnej muzyki morza – szant i pieśni kubryku, tych prawdziwych. Przywoziło się ją z Anglii, Francji, ze Stanów później. W Polsce nie można było tego jeszcze kupić, nie było też nagrań.

M. S.: Jaki repertuar wykonywano na Warsztatach?

M. Sz.: Tradycyjne szanty głównie z tłumaczeniami. Tak instynktownie czułem, że wcześniej czy później to nastąpi, że te angielskie – tak, dobrze, ale wtedy ludzie słabo znali ten język, i wykonawcy i publiczność mówili, żeby śpiewać jednak po polsku. Powstawały mniej lub bardziej udane tłumaczenia. Teraz jesteśmy w Unii, świat się otwiera i wraca się do tego, teraz pokolenie już więcej rozumie, nawet są zaciekawieni pewnymi niuansami językowymi.

M. S.: Poza tym coraz większe zainteresowanie wzbudza szanta francuska, na przykład.

M. Sz.: Tak, ona jest ciągle mało znana, a Stan Hugill uważał, że jest nawet ładniejsza niż ta angielska.

M. S.: Jakich instrumentów używaliście na Warsztatach?

M. Sz.: Zawsze była gitara, jakieś przeszkadzajki, tamburyn, kości dopiero później – jak się sam nauczyłem….

M. S.: Od strony wokalnej czy melodie były rozkładane na głosy?

M. Sz.: Tak, kopiowaliśmy oryginalne rzeczy z rozkładem na głosy.

M. S.: Jak brzmiały oryginalne harmonie?

M. Sz.: Były pewne kanony czerpiące z muzyki celtyckiej, harmonii szkockiej. Charakterystyczny był nosowy, wibrujący głos, wykorzystywano głównie kwinty. Załogi się zmieniały i repertuar przechodził ze statku na statek, tworzyły się te oryginalne brzmienia. Choć tych oryginalnych np. „Blow the men down” to ja mam chyba z dziesięć, z różną harmonią, różnym podziałem rytmicznym, ale każdy ma jednak wspólny trzon i specyfikę opartą głównie o nastrój i rytm pokładowej roboty. Ważną rzeczą była nagroda na Warsztatach, którą po tych dwóch latach był wymarzony rejs na Zawiszy Czarnym. Zrodziła się wtedy armia ludzi, którzy zorganizowali 3 rejsy warsztatowe sami. Miałem w tym mały współudział, zupełnie przypadkowo, bo część z nich, taka najbardziej dojrzała, mówiła o tym jak bardzo chcieliby popłynąć na Zawiszy. A ja spytałem, co wam tak naprawdę przeszkadza, żebyście ten rejs zorganizowali sami? Oni zrobili wtedy wielkie oczy, ja się wycofałem, a po roku słyszę, że płyną. Później ukoronowaniem tego wszystkiego w 1992 roku były regaty Columbusa, na których Zawisza popłynął ze śpiewającą załogą. To był jedyny jacht w całej flotylli, który dawał koncerty w portach. Ja się załapałem na drugą część, ale słyszałem z relacji jak załoga śpiewała, tańczyła, robiła makramy, zapraszała ludzi również we wcześniejszych etapach. To było prawdziwe, nie tam takie słowiańskie, to był ten świat – Anglia, Francja, Szkocja. W sumie chyba z sześćdziesiąt koncertów (ponad pół roku żeglugi). Mieliśmy dwa duże koncerty w Liverpoolu. Spotkaliśmy się z ogromnym uznaniem. To była fantastyczna szkoła.

M. S.: Czy możesz mi powiedzieć jak wyglądają polskie festiwale szantowe, ale za granicą, w Stanach i Kanadzie?

M. Sz.: Tak, ja tam zacząłem jeździć prawie od początku. Emigracja po 1980 roku, ściślej mówiąc, pod koniec lat 80-tych obejmowała w dużej mierze ludzi żeglujących, którzy brali udział w festiwalach szantowych w Polsce. Wyjeżdżali ze wspomnieniem, pamięcią tego co się na tym polu działo w kraju. I kiedy okrzepli za granicą, zwłaszcza działając w tamtejszych klubach żeglarskich, zrodził się pomysł, żeby i tam pośpiewać o morzu w stylu polskim. I w Toronto, i Nowym Jorku, i trochę w Chicago lokalne kluby zaczęły organizować, na razie prywatnie, śpiewania. Chcieli to robić, ale nie mieli narzędzi czyli umiejętności, talentów. W pewnym momencie zadziałał głównie jeden element – wspomniany Jacek Reschke, ten który organizował najlepsze, w moim przekonaniu, festiwale w Krakowie, zaczął jeździć po świecie z rodziną i ostatecznie osiadł w Chicago. Zawsze przyjeżdżał do Polski, w ostatnich latach często do Krakowa, a jest „czołgiem organizacyjnym”, jak coś wymyśli, to jest bardzo konsekwentny. Nie ma siły – zrobi. Pomyślał, że może zrobi coś w Chicago. I faktycznie zrobił 3 razy. Na zasadzie festiwalu, ale na taką większą skalę w sensie organizacyjnym i programowym. Zaprosił zespoły z Polski, jechaliśmy tam za pieniądze po prostu. Chodziło o to, żeby tę Polonię trochę zachęcić. To się przyjęło, ale nie na takim poziomie, żeby się tym zajmować stale. Nikt po Jacku nie przejął pałeczki i w Chicago trochę to ustało, choć Jurek Porębski czasem tam jeździ na specjalną turę koncertową. Andrzej Korycki i ja też mamy zaproszenie. Podobnie było w Kanadzie i Nowym Jorku. Było to dobrze zorganizowane, jeśli chodzi o współpracę. Po co płacić dwa razy za bilety. Skoro przyjedzie zespół do Chicago, to za tydzień można zrobić festiwal w Nowym Jorku. Zawsze na koncertach jest kilkaset osób, głównie Polonia. Był taki pomysł Jacka, żeby spróbować zainteresować stronę amerykańską, żeby była amerykańska publiczność i częściowo amerykańskie zespoły. Taka polsko-amerykańska szantowa zabawa. Co się udawało, ale nie na takim poziomie sukcesu finansowego, żeby to kontynuować. Wycofano się więc, ku żalowi muzeum w Mystic Seaport, bo oni bardzo się zaangażowali we współpracę. . Teraz przyjeżdżają tylko Polacy, grają dla publiczności polskiej, chyba że dla części amerykańskiej, jako znajomych Polaków. Śpiewa się tam po polsku, więc może dla Amerykanów nie jest to atrakcyjne. Faluje to dalej, taką swoja sinusoidą.

M. S.: W jaki sposób odbierane są polskie zespoły występujące za granicą?

M. Sz.: Bardzo dobrze. Nie ma takiej sytuacji, żeby organizator zagraniczny brał coś czego nie zna. Na ogół jest tak, że obie strony gdzieś się spotykają, mijają na trasie, ktoś słyszy polski zespół i go zaprasza. Jeżdżą często, Ryczące Dwudziestki do Norwegii, Segars do Holandii, Szantymen do Niemiec.





W naszej galerii
ECCE HOMO 21
kursy
ECCE HOMO 21
szkolenia
ECCE HOMO 21
obozy
ECCE HOMO 21
imprezy
ECCE HOMO 21
marynistyka
ECCE HOMO 21
Akademia pod żaglami
ECCE HOMO 21
"Stare Dzwony"

O nas | Aktualności | Platforma dla czytelników | Kursy | Szkolenia | Obozy | Imprezy | Marynistyka | Akademia pod żeglami | "Stare Dzwony" | Inne | Galeria | Sklep | Kontakt